fbpx
+48 22 455 38 38
Indonezja – sen na Jawie

Indonezja - sen na Jawie

Mieszkańcy Indonezji są niezwykle życzliwi dla odwiedzających ich kraj turystów. Są również bardzo ciekawi białych przybyszów, których nazywają „bule”. Zdarza się nawet, że tubylcy specjalnie biorą urlopy i przyjeżdżają do modnych miejscowości turystycznych, aby mieć okazję lepiej przyjrzeć się zwyczajom „bule”. Zanim wzejdzie słońce, z mi­naretu słychać nawoływania do modlitwy, a na pustych uliczkach Jakarty pojawiają się pierwsi przechodnie, mężczyźni spieszący do meczetu, sprzedawcy. Miasto bu­dzi się do życia gwałtownie. Głów­ne arterie w okamgnieniu zapełnia­ją pojazdy, które natychmiast stają w gigantycznych korkach. Nawo­ływania kierowców, gazeciarzy, ha­łas klaksonów  wszystko to mie­sza się w powietrzu szarym od spalin. Istne piekło.

Współczesna Jakarta jest jak większość azjatyckich stolic: nowoczesne centrum to biurowce, ban­ki, pięciogwiazdkowe hotele i cen­tra handlowe. Zagraniczni przed­siębiorcy nie wahają się przed dużymi inwestycjami, japońskie nowinki techniczne docierają tu prędzej niż do Europy, a eleganc­kie bary, restauracje i dyskoteki otwarte są do białego rana.

Wszelkie te luksusy kończą się jednak na tyłach wielkiego, czyn­nego całą dobę, baru McDonald’sa. Dalej wiodą uliczki tak wąskie, że stojące przy nich, pozbawione ka­nalizacji, domy niemal stykają się dachami. Kobiety piorą na ka­miennych płytach chodnika, parują prześcieradła rozpostarte na sznurach, z ulicznych garkuchni bucha zapach smażonego ryżu, z malutkiego sklepiku dobiega mu­zyka przypominająca miauczenie kota, a klatki, jakimi obwieszone są uliczne stragany, rozbrzmiewa­ją ptasim zgiełkiem.

Cuda Indonezji – Borobudur i Prambanan

Jakartę trudno jednak uważać za wizytówkę Jawy. Kulturalne cen­trum wyspy leży 600 kilometrów na wschód, w Yogyakarcie, gdzie znajdują się najbardziej oblegane przez turystów zabytki Indonezji: świątynie Borobudur i Prambanan. Od VIII do X wieku ta część Jawy podzielona była między dwa panujące rody: buddystów Sailendra i hinduistów Sanjaya. To dzięki nim powstały te wspaniałe świąty­nie. Niestety, ekspansja islamu zmusiła wyznawców obu religii do przeprowadzki na wschodni kra­niec wyspy. Przez kilka wieków za­gubione w dżungli budowle były kompletnie zapomniane.

Borobudur, uznawany dziś za je­den z siedmiu cudów świata, od­kryto ponownie na początku XIX wieku, odrestaurowano zaś dopie­ro niecałe sto lat temu. Spod gru­bej warstwy popiołu wulkaniczne­go wyłoniła się wówczas potężna kamienna konstrukcja, zbudowa na na planie kwadratu o boku dłu­gości ponad stu metrów. Dziesięć połączonych ze sobą poziomów prowadzi do głównej, najwyżej po­łożonej części  stupy.

Architekci zaprojektowali Boro­budur tak, by stworzyć pielgrzy­mom jak najlepsze warunki do me­dytacji. Mur wysokości człowieka odgradza go od świata zewnętrzne­go, zaś liczne zakręty pozwalają po­dziwiać jedynie kilka płaskorzeźb jednocześnie. Ich tematykę podpo­rządkowano buddyjskiej wizji ko­smosu: płaskorzeźby na najniż­szym poziomie przedstawiają ludzi zdominowanych przez namiętno­ści, a w miarę zbliżania się do szczytu  losy człowieka zdolnego do coraz większej kontroli nad wła­snymi słabościami. Pielgrzym oglą­dający te pouczające sceny miał ulec wewnętrznej przemianie, a do­chodząc do ostatniego okrągłego tarasu, osiągał nirwanę, wyzbywa­jąc się wszelkich pragnień.

Także świątynia Prambanan przez niemal tysiąc lat niszczała pod bujną roślinnością, a jej ka­mienne bloki okoliczni mieszkań­cy wykorzystywali do budowy do­mów i dróg. Prambanan to w rze­czywistości nie jedna świątynia, ale kompleks składający się z ponad dwustu obiektów. Najpiękniejszym z nich jest ten poświęcony Sziwie, który wraz z Brahmą i Wisznu na­leży do hinduistycznej trójcy. Wewnętrzne mury pokrywa rzeźbio­na opowieść o parze kochanków Ramie i Sicie, porównywanych przez Indonezyjczyków do Romea i Julii. Historię tę, zwaną Ramaya­ną, warto także obejrzeć przy bla­sku księżyca w wykonaniu 100-osobowej grupy tancerzy jawaj­skich. Sztuka wystawiana jest pod gołym niebem, a za tło służy prze­pięknie oświetlona świątynia. Nic dziwnego, że ten spektakl cieszy się ogromnym powodzeniem.

Równie popularna wśród tury­stów jest główna ulica Yogyakarty  Malioboro, nazwana tak na cześć angielskiego księcia Marlborough. Można tu znaleźć wszystko: od straganów z lalkami z teatru cieni po sprzedawców smażonych bana­nów, a w przylegających uliczkach mnóstwo tanich miejsc do spania, dziesiątki restauracyjek i galerii. Po męczącym krążeniu wśród stosów masek i bambusowych kapeluszy warto wziąć relaksujący masaż wiekowe Jawajki są w tej dziedzi­nie prawdziwymi specjalistkami.

Bali wyspa bogów

Najbardziej znaną wyspą Indonezji jest Bali. Już w latach 30. zaczął się tu boom turystyczny. W 1936 roku założony został Kuta Beach Hotel, jeden z pierwszych hoteli na Bali. Zaczęła się także moda na surfing i właśnie dzięki temu sportowi wyspa cieszy się wielkim powodzeniem u turystów.

Stragany, którymi zastawione są uliczki w najpopularniejszych miejscowościach, takich jak Kuta, Sanur czy Ubud, pełne są pamią­tek  można tu kupić różnorodne rękodzieła: maski, rzeź­by, obrazy, wyroby ze srebra, bati­kowe sarongi. Zanim pojawili się turyści, przedmioty te robione by­ły przede wszystkim dla ozdoby świątyń i pałaców albo dla uświet­nienia hinduistycznych świąt.

Co ciekawe, w języku tego regio­nu nie występują słowa „sztuka” ani „artysta”. Na Bali panuje bo­wiem przekonanie, że sztuka nie stanowi wartości samej w sobie, zaś twórcom nie należą się specjalne przywileje. I chociaż dzisiaj więk­szość wyrobów przeznaczonych jest na sprzedaż, wystarczy przyjrzeć się zwyczajom Balijczyków, aby zrozu­mieć, że to raczej zamiłowanie do piękna każe im wyrabiać te cudow­ne przedmioty, na przykład mister­nie uplecione ozdoby z liści palmo­wych i bambusa  dołączane do codziennych ofiar składanych bo­gom, a już po kilku godzinach nisz­czejące na ulicach. Wśród ludów Indonezji chyba tylko Balijczycy posiadają dość artystycznego zacię­cia, żeby tworzyć tak nietrwałe dzieła sztuki.

Flores rajski ogród Indonezji

Przepiękne plaże i rafy koralowe, porośnięte tropikalnym lasem gó­ry, liczne wulkany, obszary sawan­ny i niezliczone tarasy ryżowe  oto wyspa Flores, rajski ogród Indone­zji. W oczekiwaniu na „falę życia” setki Australijczyków z deskami do surfingu okupują jej złociste plaże, rozciągnięte na piasku Francuzki opalają gołe biusty, a w okolicz­nych barach Niemcy pochłaniają litrami piwo.

Prawdziwe szaleństwo zaczyna się jednak dopiero po zmierzchu, kiedy wielojęzyczny tłum przeno­si się do klubów i dyskotek. Desty­lowany z ryżu arak nawet najwięk­szych malkontentów wprawia w wyśmienity nastrój, a zabawa to­czy się według scenariusza nieko­niecznie zgodnego ze zwyczajami spokojnych mieszkańców wyspy. Zdarza się, że w taki czas miejsco­wi wykorzystują nawet urlopy, by dokładnie przyjrzeć się wszystkim bule, czyli białym.

Tymczasem bule przemierzają Flores wzdłuż i wszerz, zafascyno­wani osobliwościami wyspy. Za cud natury uważane są na przykład Ke­li Mutu, trzy górskie jeziora, które co kilka lat zmieniają swą barwę. Zjawisko to nie zostało dotychczas wytłumaczone przez naukowców. Prawdopodobnie wiąże się ono ze zmianami, jakie zachodzą w skła­dzie mineralnym wody. Aby zoba­czyć kolorowe Keli Mutu, trzeba mieć jednak trochę szczęścia, bo­wiem na wysokości 1600 metrów często zalega mgła, a jeziora nie oświetlone promieniami słońca nie mają już tego samego uroku.

U podnóża gór żyją ludzie z ple­mienia Lio, znani przede wszyst­kim z wyrobu ikatu. Prawdziwy ikat powstaje miesiącami, a efek­tem długotrwałego procesu bar­wienia i tkania jest kilkumetrowa sztuka materiału, najczęściej w ciemnych kolorach, z geome­trycznym lub zwierzęcym wzorem. Właśnie w takie ikaty ubierają się tancerki z wioski pod Keli Mutu. Kiedy pod wieczór przychodzą na otoczony kamieniami plac, czarne włosy mają upięte w wysokie koki. Ktoś łamaną angielszczyzną tłu­maczy turystom tytuły poszczegól­nych pieśni. Rozbrzmiewa muzy­ka. Dźwięk bębnów, talerzy i grzechotek początkowo wydaje się nie do zniesienia.

Na archipelagu żyje ponad 300 grup etnicznych. Większość z nich ma swój własny język i z pewnością mieszkańcy poszczególnych regio­nów nie mogliby się porozumieć, gdyby nie Bahasa Indonesia  swo­ista lingua franca jednocząca ich, pomimo znacznych różnic kultu­rowych.

Czuwanie nad jednością ponad dwustumilionowego państwa nie jest łatwym zadaniem, stworzono więc cały system umacniania wię­zi między Indonezyjczykami, rów­nocześnie pozwalając im zachować odrębne zwyczaje. „Bhinneka Tunggal Ika”  jest nas dużo, lecz tworzymy jedną całość  głosi na­rodowe hasło. Jak na razie szczęśli­wie udaje się wprowadzać je w czyn, dzięki czemu pięć tysięcy kilometrów archipelagu zamiesz­kują chyba najpogodniejsi ludzie pod (tropikalnym) słońcem.