fbpx
+48 22 455 38 38
Wyjazd na Seszele

Wyjazd na Seszele

Nurkując wśród raf w ciepłej (28°) wo­dzie Oceanu Indyjskiego spotkać można ich szczęki, ale dobra opinia o seszelskim raju obliguje: rekiny w tamtych rejonach nie jedzą ludzi. Zresztą nie tylko one. Olbrzymie nietoperze mieszkające na palmowych liściach, w innych regionach Zie­mi znane ze swego pragnienia krwi, na Se­szelach chłepczą oceaniczną wodę i jedzą słodkie papaje. Ale nie ma raju bez węża, myśli Europejczyk. Na pewno są tajfuny i trzę­sienia ziemi. Nic z tego. Łagodny wiatr i sta­bilna ziemia stu pięćdziesięciu wysp i wyse­pek.

Tropikalne wyspy seszelskie są po pro­stu rajem: jedna pora roku (co prawda tubyl­cy odróżniają tam lato od zimy, ale dla Europejczyka różnica między 28 a 33 stopnia­mi pozostaje w granicy upalnego lata). Jedyną katastrofę, jaka wydarzyła się na Seszelach, pamiętałyby najstarsze dinozaury, gdyby nie to, że przez nią wyginęły. Kil­kadziesiąt milionów lat temu uderzył w Ziemię gigantyczny meteoryt i rozbił ląd leżący między Antarktydą a Afryką. Kontynent rozprysnął się na kawałki, jego pozostałością jest Madagaskar, Seszele i Półwy­sep Indyjski, który „przykleił” się do Himalajów i wypiętrzył je w najwyższe góry świata. Uderzenie meteorytu odbiło się echem po drugiej stronie kuli ziemskiej. Powstał tam wulkan, z którego eksplodowało tak dużo popiołu, że przez 40 lat na Ziemi zapanowały kompletne ciemności, co spowodowało ochłodzenie klimatu. Z tego też powodu wyginęły dinozaury. Tyle mówi najnowsza hipoteza powstania Seszeli i zagłady Jurassic Park.

Trudno to sobie wyobrazić, ale ziemski raj Se­szeli jest zamieszkany przez ludzi dopiero od 200 lat. Obecnie na Seszelach mieszka około 90 tys. ludzi. Pierwszymi osadnikami, czy raczej gośćmi byli piraci. Na wyspie Moyenne zakopali podobno skarb wartości kilkudziesięciu kilogramów złota. Wyspę, będącą prywat­ną posiadłością, przekopano i przeszuka­no, bez skutku, najnowszym sprzętem, ale cierpliwi nie tracą nadziei. Według naj­nowszej wersji skarb ukryto nie opodal dwóch pirackich grobów, o czym dowie­działa się we śnie dziewczynka, która mieszkała na jednej z sąsiednich wysp i nigdy nie była na Moyenne. Opisała dokładnie groby i drzewo mangowe rosnące niedale­ko cmentarza. Właścicielka wyspy żartowa­ła sobie z „objawienia” aż do dnia, gdy zo­baczyła wyśnione drzewo mangowe. Po­szukiwania skarbu trwają więc nadal. Seszele (od nazwiska jednej z pierwszych rodzin mających je w swoim władaniu — Seychelles) były własnością Francuzów i Anglików. Z Afryki sprowadzono na wy­spy czarnoskórą ludność. Wspólnym języ­kiem stał się kreolski: mieszanka języka an­gielskiego, francuskiego i afrykańskiego bantu. W urzędach i w kontaktach z tury­stami Seszelczycy posługują się angielskim lub francuskim.

Jest to jeden z niewielu krajów, gdzie nie ma rasizmu i to nie tylko w deklaracjach. Żół­ci, czarni, biali Seszelczycy, w 80 procen­tach katolicy, żyją zgodnie od 200 lat i ni­gdy nie prowadzili wojen domowych. W Muzeum Narodowym głównym ekspo­natem nie jest, jak to zazwyczaj bywa, por­tret bohatera, który patriotycznie wyrżnął sąsiadów, ale olbrzymi orzech kokosowy palmy zwanej coco de mer. Żeńskie drze­wa coco de mer mają owoce przypomina­jące kobiece biodra. Mę­skie coco de mer też nie mają czego się wstydzić. Ich męskości w postaci fallicz­nych wyrostków mógłby pozazdrościć nie­jeden mężczyzna. Nadal, mimo botanicz­nych poszukiwań, jest tajemnicą, jak do­chodzi do zapłodnienia coco de mer. Se­szelczycy ostrzegają, że ten, kto podejrzy tę tajemnicę, oślepnie.

Skoro zwierzęta na wyspach są niegroźne, przyroda stworzyła agresywne rośliny. Drzewo bo (pod takim drzewem medytu­jący Budda doznał oświecenia), zwane tak­że kroczącym drzewem, zabiło swymi opa­dającymi na drogę gałęziami kilku kierow­ców. W sądzie seszelskim wytoczono spra­wę zbrodniczemu bo i skazano je na wy­cięcie. Praca drwali trwała tydzień, gdyż obwód drzewa, które zamiast korzeni ma gałęzie, jest porównywalny do obwodu wielkiego budynku.

W strefie umiarkowanej nadejście dnia zapowiadane jest kogucim kukuryku. Seszel­czycy są natomiast budzeni jękami żółwi. Ich skorupa zawiera podobno afrodyzjak. Te powolne, ale temperamentne zwierzęta uprawiają swoje miłosne igraszki wydając gardłowe, donośne dźwięki. Wielbiciele przyrody mogą też podejrzeć z bliska ży­cie ptaków Na wyspie Aride stworzono ptasi rezerwat. Mieszka tam kilku ornito­logów, kilku tubylców i tysiące, miliony pta­ków. Są tak pewne swego bezpieczeństwa, że pozwalają się obserwować z bliska. Pa­trzą ciekawie w obiektywy skierowane na ich gniazda. Żyją przecież w raju, gdzie nikt jeszcze nie zgrzeszył łakomstwem. Ptaki na Aride żywią się owocami niezli­czonych gatunków palm (niektóre owoce pachną jak camembert, inne jak mięso), lądowymi krabami, stonogami o długości 20 centymetrów albo rybami w przeźroczy­stych wodach zatoki.

Bycie turystą na Seszelach jest czymś na­turalnym i oczekiwanym ze strony Seszel­czyków. 20 proc. tubylców żyje dzięki tu­rystyce. Gdy do wysp przypływa statek z gośćmi, zamykane są nawet szkoły. Wszy­scy biegną do portu, by sprzedać-kupić to­war, a przede wszystkim dowiedzieć się no­winek ze świata. Seszelczycy są bardzo to­warzyscy. Telewizja seszelska dostosowała się do ich upodobań i nadaje tylko kilka go­dzin dziennie, by nie przeszkadzać w tra­dycyjnych odwiedzinach i pogaduszkach. W południe, gdy kończy się pierwsza trans­misja, spiker życzy smacznego obiadu i zni­ka z wizji. Ciekawi świata mogą oglądać ca­łą dobę CNN.

Wszystkie hotele położone są nad ocea­nem i mają baseny. Wychodząc z klimaty­zowanego pokoju trafia się pod afrykańską strzechę restauracji. Nie mają one z regu­ły ścian, bo w tamtym klimacie nie ma się przed czym chronić oprócz ciepłego deszczu, pory deszczowej i słońca. Seszele leżą niemal na równiku, więc słońce parzy już od 8 rano, a większość dnia mamy je równo nad głową. Ratuje przed nim mocny krem z filtrem niezmywalnym w wodzie. Po lekkim śniadaniu: soki ze świeżych owoców, cro­issante, najlepiej spędzić czas do popołu­dnia w oceanie. Liczne szkoły nurkowania użyczają instruktorów i sprzętu. Dla kogoś, kto nigdy nie zanurzył się w tropikalnych wodach, pierwsze wrażenie może przypo­minać włożenie głowy w ekran kolorowe­go telewizora. Ławice egzotycznych ryb, morskie żółwie, rafy koralowe. Podwodny świat okazuje się ciekawszy od ziemskiej rzeczywistości. Kiedy zelżeje upał, warto się wybrać do Victorii, stolicy Seszeli. Mie­ści się na największej wyspie Mahe. Cen­trum miasta zajmuje wieża zegarowa, ko­pia zegara z londyńskiej stacji metra Vic­toria. Ale wokół tej zacnej wieży wzniesio­nej na cześć królowej wre życie tropikal­nego miasta. Dla włóczęgów znających Azję i Afrykę zaskoczeniem będzie brak że­braków. Seszelczycy są zbyt dumni na to, by wyciągać rękę po pieniądze, wolą nią sięgnąć po kiść dzikich bananów albo ryby w zatoce.

Dość trudno zrozumieć, jaki rodzaj rządów panuje na tych wyspach. W skrócie moina go nazwać komunizmem tropikalnym. Dokonano tam przewrotu ko­munistycznego. Od tego czasu rządzi pre­zydent, ale wszystko na wyspie po­zostało nadal własnością prywatną: hote­le, restauracje, ziemia. Polscy turyści wi­dząc fotografię byłego prezydenta na lotnisku, w każdym urzędzie, hotelu, wykrzykują: Och-man. Co dla anglojęzycznych tury­stów oznacza och! man, ale dla Polaków nazwisko śpiewaka operowego Ochmana. Prezydent był Rene jest do niego łudząco podobny.

Po zakupach przypraw na miejskim targu warto wejść do hinduskiej świątyni i zapa­lić sziwie ogarek za szczęśliwą podróż. Wie­czorem odwiedza się hotelowe restaura­cje serwujące znakomite ryby. Kuchnia se­szelska jest w 100 proc. europejska, z prze­wagą francuskiej finezji. Dla lubiących ha­zard najszykowniejszy hotel na Seszelach „Plantation” proponuje partyjkę pokera czy ruletkę w kasynie. Co roku w lipcu „Plantation” organizuje festiwal muzyki poważnej, w którym biorą udział znani muzycy europejscy. Noc jest porą na tań­ce: reagge i sega-kreolsko-afrykański ta­niec polegający głównie na kręceniu bio­drami. Seszelczycy lubią flirt i nie stronią od przygód. Mimo że są w większości chrześcijanami, mają dosyć liberalne podejście. Erotyzm jest tam czymś radosnym i poligamicznym.

Jeżeli wracamy z Seszeli samolotem, mu­simy pamiętać o historii tego kraju: pierwsi byli tu piraci. Tradycja jest święta, dla­tego na lotnisku żąda się od turystów wra­cających do swego kraju 20-dolarowej opłaty. Za co? Na cześć pirackiej tradycji.