fbpx
+48 22 455 38 38
Wybrzeże Kości Słoniowej

Wybrzeże Kości Słoniowej

Prawidzie afrykańskie wakcje w Club Med Assinie

Widok z okna samolotu podchodzącego do lą­dowania w Port Bouet jest niewiarygodny, jak fotografia na seryjnej pocztówce z wakacji. Szmarag­dowe morze łączy się niewi­doczną dla oka linią horyzontu z szafirowym niebem, gaje pal­mowe przypominają przydy­mione, szarozielone plamy. Wra­żenie potęguje się zaraz po wyjściu z samolotu. Ponad trzy­dzieści stopni ciepła, wilgotność, która nie pozwala oddychać, nasycone kolory, nieznane zapa­y. Czeka nas jeszcze droga do Assinie gdzie spędzimy wakacje all inclusive w wiosce nal­żącej do Club Med.

Kiedy dojechaliśmy prawie na sam koniec wąskiego, piaszczystego cypla, wszyscy mieliśmy jedno skojarzenie-Hel. Tyle, że zamiast zimnego Bałtyku ujrzeliśmy ogromne fale Oceanu Atlantyckiego. Za to po drugiej stronie spokojna laguna, idealne miejsce do za­żywania morskich kąpieli, jazdy na nartach wodnych czy wakeboard, pływania motorówką albo wio­słową łodzią. Rozlokowaliśmy się w wygodnych, klimatyzo­wanych pokojach i ruszyliśmy na zwiedzanie miejsca jakby stworzonego przez naturę do słodkiego leniuchowania. Człowiek czuje się tu najlepiej kiedy porusza się wolno al­bo odpoczywa w cieniu. Nic więc dziwnego, że korty tenisowe świecą pustkami. Komu by się chciało biegać z rakietą w taki upał? Czas spędzaliśmy głównie w wodzie i na wodzie podpływając pirogą jak najbliżej brzegu, by dokładniej przyjrzeć się mijanym wioskom. Ich mieszkań­cy, zajęci własnymi sprawami, nie zwracają uwagi na turystów. Nie znaczy to jednak, że są im niechęt­ni. W bezpośrednich kontaktach okazują się mili i przyjacielscy, choć jednocześnie dumni i niezbyt skłonni do zawierania przyjaźni z nieznajomymi. Są piękni, wyso­cy, szczupli, noszą wysmakowane stroje, które już nieraz stały się in­spiracją dla wielkich kreatorów mody. „O, Galliano!” „Coś podob­nego zrobił w zeszłym roku Ma­cQuinn”. „Identyczne ozdoby wi­działam w dawnej kolekcji Saint Laurenta”, komentowaliśmy mija­nych tubylców. „Stanowczo nie je­steśmy najpiękniejszą rasą na świe­cie”, powiedział ktoś na widok malowniczej grupy w kawiarence na targu. Targ to prawdziwe cen­trum każdej miejscowości. Rozkrzyczane, kolorowe, pachnące wszystkimi przyprawami świata. Tu robi się zakupy, załatwia inte­resy, żartuje i wymienia najśwież­sze plotki. Można tu również zro­bić sobie nową fryzurę i się ogolić. Można też zasięgnąć porady le­karskiej u jednego z miejscowych medyków, który w przerwach między „leczeniem” i sprzedażą amuletów handluje drobiem, ry­bami i owocami. Każdy traktowa­ny jest tu z respektem należnym potencjalnemu klientowi i nawet jeśli niczego nie kupi, na pewno poczuje się fachowo obsłużony i poinformowany.

Zwiedzanie Wybrzeża Kości Słoniowej

Z wycieczek wracaliśmy do naszych klimatyzowanych pokoi dopiero o zachodzie słońca, starając się chwilę powrotu jak najbardziej opóźnić. Kto nie przeżył afrykań­skiego zmierzchu, nie wie, jak ma­giczna to pora. Przyroda, jakby zmęczona całodziennym upałem, dopiero zaczyna budzić się do ży­cia. Krzyk nocnych ptaków, nieznane i niepokojące dźwięki towa­rzyszyły co wieczór naszemu po­wrotowi do domu.

Któregoś dnia, podczas samot­nego spaceru, schroniłem się przed upałem w restauracji. Powitał mnie sześćdziesięcioletni może, biały mężczyzna. Okazał się Amerykani­nem, którego przodkowie pochodzi­li ze Słowacji. Dziesięć lat temu, znudzony cywilizacją, wyemigrował do Afryki, osiadł na Wybrzeżu Ko­ści Słoniowej, ożenił się ze śliczną, o trzydzieści lat od niego młodszą, miejscową dziewczyną i otworzył restaurację. Dochował się trójki dzieci (najmłodsze przyszło na świat przed kilku dniami, więc tym bar­dziej była okazja do świętowania) i nieźle mu się powodzi. Wydaje się szczęśliwy, chociaż wciąż narzeka na wszechobecną na Wybrzeżu Kości Słoniowej korupcję. „Tu nie sposób nic załatwić bez prezentu. Ani me­tryki dziecka, ani rejestracji samo­chodu”, mówi. O tym, że rzeczywi­ście nie ma nic za darmo, miałem przekonać się niebawem. Któregoś dnia zobaczyłem na ulicy piękną młodą kobietę z dzieckiem na ręku. Kiedy jednak spróbowałem ją sfo­tografować, zareagowała gwałtow­nie i niechętnie. „No, no, no foto”, powtarzała. Dopiero kiedy wytłu­maczyłem, że jej zdjęcie może uka­zać się w gazecie, złagodniała. Ale… zażądała honorarium. Na szczęście nie było wielkie. Z pewnością war­te olśniewającego uśmiechu, którym obdarzyła mnie na koniec.

Knajpki i restauracyjki są dla tu­rystów atrakcją nie mniejszą niż pływanie, narty wodne czy wizyty na targowisku. Przy niskich stołach można tu zjeść miejscowe specjały: ostro przyprawione rybę albo kur­czaka, duszone z pomidorami i cebulą. Zamiast frytek, attieke z manioku albo foutou (czyli coś w rodzaju purće o smaku podobnym nieco do ziemniaków), a wszystko to popite piwem mam­ba, wbrew nazwie słabym i słodka­wym w smaku. Turysta zaszczepio­ny może bez obaw próbować wszystkich specjałów tutejszej kuchni.

Więcej niż połowa mieszkań­ców Wybrzeża to animiści, wie­rzący, że cała przyroda obdarzona jest duszą. Ta wiara określa ich stosunek do świata, pełen szacun­ku i harmonii. Około 20 procent ludności to mahometanie, zaś tyl­ko 15 procent  katolicy. I w tym właśnie kraju, w którym katoli­cyzm jest religią mniejszości, po­wstała najbardziej zdumiewająca świątynia, której budowę śledziły wszystkie media na świecie. W Yamoussoukro, administracyj­nej i politycznej stolicy, w której nie ma siedziby żaden urząd, bank czy partia, wzniesiono gi­gantyczną bazylikę Matki Boskiej Królowej Pokoju, nieco tylko niż­szą kopię Bazyliki św. Piotra w Rzymie. (Podobno jej wysokość wynegocjowana została w długich rozmowach z Watykanem). Bazy­lika nazywana jest złośliwie gi­gantycznym pomnikiem byłego prezydenta Wybrzeża Kości Sło­niowej, Houphoueta-Boigny, inicjatora i fundatora świątyni. Po­święcona przez Jana Pawła II, mo­że pomieścić 200 tysięcy wier­nych, ale nawet największe uro­czystości gromadzą najwyżej kil­kanaście osób. Po śmierci prezy­denta Houphoueta-Boigny pod­upadła zarówno bazylika, jak i sama stolica. Dziś, ociekająca złoceniami, stojąca w szczerym polu, z pasącymi się nieopodal krowami, jest tylko atrakcją dla turystów. I miejscem pracy dla grupki polskich pallotynów, którzy zajmują się administracją tego szaleństwa władzy, zmateria­lizowanego w marmurach i złocie.

Wybrzeże Kości Słoniowej jest rajem dla turystów. Również tych, którzy nad dolce far niente, narty wodne, łażenie po rozkrzyczanych targowiskach i przesiadywanie w klimatyzowanych knajpkach przedkładają czynne zwiedzanie. Tym proponujemy wizytę w naj­większej metropolii kraju, Abidża­nie, nie bez racji nazywanym afry­kańskim Manhattanem. Ten wielki, tętniący życiem port jest z pewno­ścią jednym z najpiękniej położo­nych miast Afryki. Właściwie wy­cieczkę do Abidżanu powinno się potraktować obowiązkowo. Tak jak przywiezienie w charakterze pa­miątki z wakacji jakiegoś wyrobu miejscowych rękodzielników i paczki pachnącego kakao – naj­ważniejszego towaru eksportowego Wybrzeża.

Ivory coast

Dowiedz się jako pierwszy o najlepszych ofertach i najnowszych promocjach!






 
 Zapisz się do Newslettera 
Możesz się wypisać w każdej chwili
close-link