fbpx
+48 22 455 38 38
Tajlandia wakacje pełne radości

Tajlandia wakacje pełne radości

Na tajlandzkiej wyspie Phuket odkrywałam na nowo radość bycia z innym. Po raz pierwszy zagrałam w golfa, strzelałam z łuku,pływałam w oceanie, tańczyłam do rana. Zgodnie z ideą Club Med w pokoju tylko spałam.Choć trzy razy dziennie jadłam desery,schudłam 2,5 kilograma. Straciłam parę zmarszczek, poskromiłam wiele kompleksów .Żadne wakacje nie dały mi takiej chęci do życia.

Sama jedziesz do Tajlandii? — dziwili się przyjaciele.  Co ty tam będziesz robić? — pytali. Po kilkunastogodzinnej po­dróży jestem wreszcie na Phukecie, wyspie na Oceanie Indyjskim, południowym koniusz­ku Tajlandii. Mimo nagle zapadłej ciemności usiłuję coś zobaczyć. W Azji jestem pierwszy raz. Na motorowerach jak szalone pędzą ma­leńkie kobietki o twarzach z wystającymi ko­śćmi policzkowymi. Jakieś hangary, drewnia­ne domy, a właściwie dachy oparte na mniej lub bardziej odkrytych przepierzeniach. Z szo­sy widać łóżka, na których śpią ludzie. Wra­ki samochodów, chude psy. Słupy wysokie­go napięcia. A gdzie palmy? Po godzinie znikają rudery. Coraz więcej zieleni. Dojeż­dżamy do strażnicy opatrzonej  harpu­nami. Znak rozpoznawczy Clubu Mediter­ranće. Tu spędzę tydzień. Mam poznać, jak odpoczywają wybrańcy bogów. Bogaci, mło­dzi, w każdym razie duchem, z całego świata. Kwitnące krzewy, fontanna. Drewniany ażurowy budynek, na schodkach piękne dziewczyny w wieczorowych sukniach i opaleni mężczyźni klaszczą w dłonie. Śpiewają, wiwatują. To na naszą cześć. Uśmiechają się tak entuzjastycznie, jakby witali królową angielską. Wilgoć i upał przylepiły mi ubranie do ciała. Jestem nieprzytomna ze zmęczenia.

Dzisiaj mieliście bardzo ciężki dzień — ze współczuciem w głosach mówią po angielsku i francusku, za chwilę w ręku mam campari ze świeżym ananasem, a maleńka Tajka zarzu­ca mi na szyję wianek z misternie uplecio­nych oszałamiająco pachnących kwiatów. Wchodzimy do środka. Miły chłód. W wiel­kich dzbanach ogromne kolorowe bukiety. Szemrze fontanna otoczona kolumnami. Pa­tio pełne egzotycznych roślin, melodyjnie śpie­wa ptak. Czuję się, jakbym dotarła do oazy.

Spotkałam anioła stróża

Marzę o prysznicu i chwili samotności. Jeszcze nie wiem, że tu mogę być sama tyl­ko we własnym łóżku. Zawsze dotrzyma mi towarzystwa GO, czyli gentil organiza­teur, uprzejmy organizator. GO pochodzą z całego świata. Są młodzi, wykształceni, znają perfekt przynajmniej dwa języki. Zagadują przy stole, organizują wspólne zabawy. Czuwają, żeby nikt nie czuł się źle. Zawsze obok, pogodni, uczynni. Co pół roku zmieniają wioskę, bo przyzwyczajenie stępia entuzjazm.

Wioski Club Med to prostota, ekologia i ruch. Tu nikt nikogo do niczego nie musza. Zmęczeni wspólną zabawą mogą odsapnąć w samotności nad oceanem.

GO, Australijka, bierze mój bagaż. Mijamy spory basen otoczony ażurowymi domkami (bar, restauracje, teatr). Po schodach w dół i nagle cisza ogrodu, tylko szum oceanu i świerszcze. Duszący zapach kwiatów. Wśród kipiącej zieleni rozrzucone drewnia­ne, o spiczastych dachach bungalowy.

-Tu masz wodę w dzbanku. Innej lepiej nie pić, światło zapala się przez włożenie klu­cza do skrytki przy drzwiach — tłumaczy.
-Chcesz nowy ręcznik, to zużyty rzuć na podłogę.­ Mówi tak szybko po angielsku, że przez chwilę nie rozumiem. Od razu zauważa mo­ją zagubioną minę. Jeszcze cieplej się uśmie­cha. — Don’t worry, be happy — to zdanie jak magiczne zaklęcie będę tu słyszała często.
-Odpoczniesz, jutro poczujesz się lepiej.
Rozglądam się. Czytałam wcześniej o wio­skach Club Med. Ich zasada to prostota i bli­skość natury. Ekologia.

Najbliżej natury

W prospekcie znajduję informacje o synchro­nizacji oświetlenia i klimatyzacji, dzięki cze­mu oszczędza się energię. O praniu bez fos­foranów z użyciem minimum detergentów. O tym, że zepsutych rzeczy nie wyrzuca się, ale reperuje bądź odprzedaje za niższą cenę. W Club Med nie znajduję plastikowych opa­kowań. Używa się przedmiotów z surow­ców, które można przetworzyć powtórnie.
-I nie bój się jaszczurek, one zjadają koma­ry — Australijka dostrzegła moje spłoszone spojrzenie, gdy szłyśmy korytarzem, a gady uciekały spod nóg.
Rano przecieram oczy ze zdumienia. Pada.
Ba, leje. — Od 20 lat nie było takiego deszczu pociesza nas koło południa Grace, nasza piękna o nieskazitelnej figurze GO. Jestem załamana. 14 godzin lotu po to, by zobaczyć tropikalną ulewę? Położyć się z książką w moim bungalowie? Wychodzę jednak. Korytarze nie mają ścian, ale na szczęście mają dachy. Sucha docieram do restauracji. Na razie więc jem. Club Med to raj dla obżartuchów. Praktycznie jeść można przez cały dzień, bo kiedy kończy się śniadanie, zaraz zaczyna się lunch, po paru godzinach kolacja, którą można skończyć późnym wieczorem.

Krewetki w sosie rose

Długie, bogato zastawione stoły, na których jest wszystko, co najlepszego wymyśliły kuchnie: chińska, włoska, francuska, japoń­ska, no i tajska. O tajlandzkiej kuchni wszy­scy tu mówią międzynarodowym słowem: super! Ośmiornice a la suflet w piance z ko­kosowego mleczka, ryba „red” panierowa­na wiórkami kokosowymi. No i przepyszna zupa z wodorostów w kolorze dojrzałego ba­kłażana, ostra, o smaku niepodobnym do ni­czego. Na moich oczach kucharz smaży kre­wetki i rostbefy. Wycina z homarów najlpsze cząstki, żebym przypadkiem nie czuła się za­kłopotana z powodu braku doświadczenia. W misach sosy, przyprawy, dziesiątki sała­tek. Pachną ananasy, papaje, arbuzy i melo­ny. W saturatorach: wrzątek, kawa, mleko, soki i piwo. W wiklinowych koszach fran­cuskie wino, czerwone, białe i rose. Na dese­ry w pierwszej chwili patrzę obojętnie: za­wsze wolałam śledzie niż torty. Ale… choć kawałeczek, żeby opowiedzieć w Warszawie, co tu jadłam. Rozpływa się w ustach. Masy są z mielonych kokosów, migdałów i orze­chów. Kremy lekkie jak puch, pachnące owo­cami i… koniakiem. Oczami wyobraźni widzę siebie po tygodniu… z talią słonia. Ale po po­wrocie okazało się, że schudłam 2,5 kg. Po owocach i winie organizm trawił jak szalony. Zajadałam się rybami. Dotąd nie wiedzia­łam, że mogą być tak doskonałe.

Tu używa się tylko oliwy i wszystko smaży w bardzo rozgrzanym głębokim oleju. To sprawia, że mięso, ryby, jarzyny nie nasią­kają tłuszczem. Mięsa są chude. Jarzyny kucharz rzuca na wrzący olej i po trzech mi­nutach podaje. Chrupiące, aromatyczne, nie tracą barwy. Stałam się fanką… marchew­ki. Jest pyszna, gdy nie przypomina naszej rozgotowanej brei z zasmażką. Popatruję na talerze sąsiadów. Wypełnio­ne po brzegi. Tu nikt nie oszczędza żołąd­ków. Jeszcze jedna dokładka, no może jesz­cze tylko to… Różnorodność i swoboda wyboru kusi.

Jestem „the best!

Leniwie rozłożona na drewnianym łóżku słucham szumu oceanu i zastanawiam się, co dalej. Zaraz pojawia się GO, która już pamięta moje imię. Pyta, czy nie chcę obejrzeć wioski. Deszcz leje. — Pójdziemy tam, gdzie są dachy — uprzedza moje wahanie. — Jaki sport uprawiasz? Czy lubisz golfa, strzelanie z łuku, piłkę wodną? — podpo­wiada. Kręcę głową. — Let’s try. Te słowa będę tu słyszeć bardzo często.

Ping-pong, siatkówka, aerobik, stretching. Muzyka, która porywa. Nie dajesz rady w takim tempie? Rób po swojemu. Nikt cię nie skrytykuje. Najważniejsze: spróbuj. Za­cznij żyć — tutejsze credo. Jeśli stoisz z bo­ku, tylko wegetujesz. Ba, łatwo powiedzieć. Trafił mi się ten wyjazd jak kurze złote jaj­ko. Czy warto zmuszać się do nowego, jeśli nie masz szans na przyszłość? Czy rzeczy­wiście nie mam? A gdyby tak przez dwa la­ta zrezygnować z… no, jeszcze nie wiem. W duchu karcę się, że jednak liczę.

Nagle deszcz ustaje. W ciągu dosłownie pa­ru minut znikają chmury, a niebo jest ko­loru dżinsów. Oblewa mnie wilgotny upal, przed którym przestrzegano w Polsce. Ale czuję się świetnie. Po paru dniach zauwa­żę, że moje włosy staną się błyszczące i peł­ne życia. Skóra wygładzi się, lepiej ukrwio­na nabierze lekko różowej barwy.

Stanę sobie z boku i tylko popatrzę na strzelanie z luku, myślę. Kto by się tego uczył w moim wieku. Po paru dniach skre­ślę wyrażenie „w moim wieku”. Nigdy na nic nie jest za późno. Nikt nie jest śmiesz­ny w tym, co robi po raz pierwszy. A nie­poradność nie jest powodem do wstydu. Tarcze dla pierwszoklasistów stoją tak, że zawsze w coś się trafi. To podbudowuje.

Trener cierpliwie ustawia każdemu rękę. Mówi: Jest świetnie, spróbuj, może tak bę­dzie ci jeszcze lepiej? Obok mnie próbuje Eva, pięćdziesięciolatka o figurze młodej dziew­czyny. Jest Greczynką z wielkim wdziękiem… duka po angielsku. Każdego popołudnia sie­dzi w barze, sączy long drinka i… uczy się ję­zyka. — Mój nowy mąż jest fanem Club Med. Ja przyjechałam pierwszy raz. Podoba mi się. Następnym razem będę dobrze mówić po an­gielsku. Żeby czuć się tu bardziej szczęśliwą.

Rozkosze tajskiego masażu

Znów pada. Może pójść na słynny tajski mas­sage? Leżę trochę zdenerwowana w oczeki­waniu. Maleńka Tajka długo głaszcze, lekko wyginając moje palce stóp. Rozmarzam się. Nagle czuję ostry ból w krę­gosłupie, przeklinam chwilę, w której się zde­cydowałam tu przyjść. Po godzinie wydaje mi się, że żadnej kości nie mam na swoim miej­scu. Wreszcie koniec. Idę na spacer. Mija kil­kanaście minut i czuję jak moje ciało… zni­ka. Jestem lekka i mam ochotę… na wszystko. Po dwóch dniach wreszcie prawdziwy tropik. A we mnie walczy świeżo obudzony spor­towiec z wypracowaną przez dzieści lat na­turą leniwca. Raz poczuć się jak Alexis. Uło­żę się wygodnie na plaży pod parasolem i przez rurkę będę sączyć sok z kokosa… Gram w golfa. Na polach jest pięknie. Tak zie­lonej trawy nigdy nie widziałam. Pagórki drzewa, oczka wodne. Rozbudziła się we mnie ciekawość. Co pasjonującego jest w tym pozornie monotonnym strzelaninu do kolejnych dołków? GO pokazuje, jak trzymać kij. Inni obok też wymachują nim jak siatką na mo­tyle. Czerwone mrówki atakują adidasy, gdy tylko dłużej namyślam się nad kolejnym strzałem. Jeśli chcę należeć do wspólnoty club­medowców, muszę je polubić. — Tu żyjemy w symbiozie ze wszystkimi stworzeniami — mówi spokojnie GO. Ale za­raz przynosi jakiś płyn, smaruje pogryzioną łydkę. Ulga. Ani razu nie trafiam w dołek, ale GO uważa, że mam motoryczny, talent.

Zastanawiam się, kiedy znaleźć czas na pra­cownię artystyczną. Lubię lepić w glinie. Tu mogę jeszcze spróbować malarstwa na je­dwabiu i batiku. A jeszcze przedwczoraj ty­dzień wydawał mi się taki długi.

W słońcu wszystko wygląda weselej. Pal­my, bananowce. Szaleństwo obsypanych kwiatami krzewów podobnych do naszych azalii, tylko wielkości parterowego domku. Znajduję brata domowego fikusa. W taj­landzkim wydaniu jest wielkim drzewem, które pięknie kwitnie i równocześnie boga­to owocuje. Kroton, monastera dziurawa, nasze rośliny z parapetu, tylko setki razy większe i bajecznie kolorowe.

Ptaki przekrzykują się nawzajem. Szczęściarz w plątaninie krzewów może zobaczyć koli­bra. Jest taki maleńki, mniejszy od wróbla. Dziwi mnie cisza. Ludzi w ogóle nie słychać. Podobno odpoczywa tu trzysta osób. Jest też ze stu GO i jeszcze dwie setki personelu. A przecież wszyscy zachowują się naturalnie, rozmawiają, śmieją się. Bungalowy dzieli od restauracji i basenu masa zieleni, może to ona pochlania dźwięki, a może tu nikt nie pod­nosi głosu? Nawet dzieci są, a jakby ich nie było. Bezpieczne pod opieką specjalnie prze­szkolonych opiekunów pozwalają rodzicom znów czuć się młodo. Co pewien czas mono­tonny gwar nad basenem przerywa chór dziecięcych głosów wspieranych sopranem japoń­skiej GO. Maszeruje miniclub. Poprzebierane, w pióropuszach, z pomalowanymi twarzami robią wrażenie bardzo zaaferowanych.

Luksusowy luz

Piękna pogoda uruchamia mój kolejny stres. W deszczu nikt na nikogo nie zwracał uwa­gi. W sportowych ćwiczeniach też wystarczy­ły szorty i T-shirty. Ale teraz? Odpoczywają tu najelegantsi i najbogatsi ludzie z całego świata. Widzę modne szorty, bawełniane sukienki, sandały. Tutejszy luz nie ma nic ze znanego mi flejtuchostwa. Ubrania są w doskonałym gatunku. Nad basenem rozkwitają kolorowe chusty pareo. Po pokazie, jak je można wiązać (kto by przypuszczał — kilkadziesiąt sposo­bów), butik przeżywa oblężenie. Każda chu­sta jest inna. Choć stoły szwedzkie są tuż przy basenie, nikomu nie przyjdzie do głowy jeść, pokazując goły tors lub brzuch. Zresz­tą grubasów tu ani na lekarstwo.

Może szczęśliwi nie tyją? Tu wszyscy wyglądają tak, jakby komputer zaprogra­mował ich na radość. Są wzajemnie serdecz­ni, otwarci. Nie rozmawiają o polityce i nie­szczęściach. Ładują swoje akumulatory normalnością. Korzystają z każdej okazji, by się zwyczajnie cieszyć. Phil, czterdzie­stoletni przedsiębiorca budowlany z Austra­lii, opowiedział mi: Dwa razy w roku jeż­dżę do któregoś z Club Med. To mój czas dla mnie. Mój czas z innymi. Pęd do pie­niędzy zabił we mnie pierwotne uczucia. Tu oczyszczam się. – Ale bez pieniędzy nie mógłbyś wrócić do swojej prawdziwej na­tury… – Phil uśmiecha się. – Takie czasy…. Wieczorną atrakcją są show. Scena, muzy­ka, śpiew, taniec. Pozornie nic nadzwyczaj­nego. Ale bawią nas niezwykli aktorzy. GO wieczorem zamieniają się w tancerzy, fa­kirów, komików. Są doskonali. Z takim temperamentem i radością, a równocześnie profesjonalizmem tańczonego kankana nie widziałam na żadnej rewiowej scenie. Śmiałam się do łez podczas skeczów. Jak oni to robią? Po całym dniu pracy tańczą pełni entuzjazmu, weseli.

Każdego dnia show jest inny. Kończy się przed północą. Pora na „crazy sings”, szalo­ne piosenki. Tańczymy wszyscy. Śpiewamy piosenki o tym, że jesteśmy szczęśliwi i jest nam dobrze razem. Rozbawieni nie mamy ochoty iść do łóżek. W dyskotece, przy drin­ku, można tańczyć do rana.

W objęciach słonia

Ale Club Med to nie Tajlandia. Club Med na całym świecie mają tą samą wspaniałą formułę premium all inclusive, ale każdy z nich ma w sobie coś unikalnego. Ich miłośnicy twierdzą, że to właśnie jest fantastyczne. Nie każdy chce opuszczać szczęśliwą wyspę. Dla ciekawych może być safari. Podjeżdżają samochody terenowe, z lekka poobijane, o twardych siedze­niach, bez bocznych ścian. Kiedy znów lunie, brak szyb okaże się istotny. Dotąd wydawało mi się, że moim marzeniem są podróże mer­cedesem. Ale kiedy jeep pędzi! po wertepach, w pełnym gazie przeskakiwał rowy, Australij­ka koło pięćdziesiątki omdlewała w ramio­nach męża i krzyczała przerażona: slowly! slowly!, czułam się wspaniale. Tim, Amery­kanin, dyrektor biura podróży w Warszawie, przyglądał mi się uważnie. – Anna, ty nie zna­łaś siebie. Ty dostajesz nową osobowość. Oglądamy plantacje kauczuku. Z niepozor­nych, srebrzystozielonych niewysokich drzew zamiast żywicy płynie białe mleko. Wąski­mi łodziami płyniemy brunatną rzeką wy­patrując krokodyli. Daremnie. Takiej egzo­tyki tu nie ma. Ciemne plamy na wodzie to tutejsze kobiety. Godzinami leżąc w mętnej, pełnej rozmaitych małych stworzeń wodzie, szukają w mule małży. Raz poczułam się nie­przyjemnie, kiedy nieumiejętnie wiosłując wpłynęliśmy w nie. Zerwała się sieć. Ale one tylko się uśmiechnęły. Stara, o wesołej po­marszczonej twarzy podała mi właśnie wy­grzebaną muszlę. Nie było w niej perły. Ale Tajka przecież o tym nie wiedziała.

W dżungli jest wilgotno i bardzo gorąco. Gryzą wielkie czerwone mrówki i komary. Większość z nas – niestety – wybrała się na wędrówkę w szortach. Roślinność wydaje się oglądana jak przez szkło powiększające. Wielkie kwiaty. Monstrualne liście. Ktoś pokazał mi mimozę. Była maleńka i delikat­na jak… mimoza. Pod dotykiem skuliła się, zmarszczyła, na chwilę umarła. Słychać pohukiwanie małp. Godzina marszu w dżun­gli to jak siedem w polskim lesie. Zmęczeni padliśmy na drewniane bale. Kiedy wreszcie będą słonie? Wszyscy szykowali aparaty. Marzyłam od dzieciństwa, żeby dotknąć sło­nia. A ponieważ nie znoszę cyrku ani ZOO, nigdy przedtem nie miałam tej szansy. Przyszedł ogromny i srebrzysty. Wyciągnął trąbę w naszą stronę, jakby się chwilę za­wahał. I nagle owinął moje ramiona. Deli­katnie uniósł na parę centymetrów w gó­rę. Poczułam się szczęśliwsza, niż gdyby objął mnie Alain Delon. A skórę miał jak gofrowany nubuk, szorstką i niewiarygod­nie delikatną jednocześnie.

Widziałam ósmy cud świata

W Club Med, jeśli ktoś ma taką potrzebę, codziennie może wyruszać na inną wyciecz­kę. Globtroterzy uważają, że Phang Nga Bay, półtorej godziny wodolotem z Phuketu, jest najpiękniejszym miejscem na ziemi. To le­gendarne skały, które stopniowo powsta­wały z muszli i teraz wyrastają z oceanu. Tam kręcono zdjęcia do Jamesa Bonda. Trzy razy kapitan portu odwoływał wyciecz­kę. Szalał nietypowy dla tej pory roku sztorm. Żeby przekupić Neptuna, rzuciłam w morze mój talizman. Następnego dnia morze było jak lustro. Zostawiłam w bungalowie przygo­towany wcześniej awiomarin i ruszyłam na James Bond Island.

Wszyscy jęknęli z zachwytu, gdy nagle wy­łoniły się z oceanu kolorowe maczugi. Wpły­waliśmy w pieczary. Nad naszymi głowami wisiały poszarpane skały, niebieskawe, różo­we i żółte. W zatoczkach morze zmieniało barwę, z szarozielonej stawało się błękitne. – Pięknie jest, ale u nas właśnie siadają do lunchu – ktoś westchnął obrazoburczo. Gra­ce po polsku znała wprawdzie tylko słowo „dziękuję”, ale powiedziała: płyniemy jeść. Miasteczko, ładne dziewczyny w bajecznie kolorowych sukniach. Zamiast toalety wycię­ta w desce dziura. Na prymitywnych stra­ganach leżały prawdziwe perły.

Nasyconych wrażeniami, zupą z krewetek, homarami z wody i coca-colą zawieziono nas na bezludną wyspę. Kto miał jeszcze siły, w oceanie, przejrzystym jak kryształ, szukał zielonkawej rozgwiazdy, wyławiał kolorową muszlę albo kawałek koralow­ca. Po plaży pędziły kraby. Szumiały palmy kołysząc kokosami. Ułożona za skałą po­czułam się jak Robinsonka, cudownie ze­spolona z nieskazitelną naturą. W tym mo­mencie nasza długonoga GO podała mi szklankę zimnego piwa, czy można sobie wyobrazić coś piękniejszego?

Dowiedz się jako pierwszy o najlepszych ofertach i najnowszych promocjach!






 
 Zapisz się do Newslettera 
Możesz się wypisać w każdej chwili
close-link